Arkadiusz Konior

„Arkadianka”

Niech nam zagra wojskowa orkiestra
Niech rozśpiewa się wojskowy chór
Niech wokoło narodom obwieszcza
W słusznej sprawie idziemy na bój
Nasza wiara nam będzie przyświecać
Zwyciężymy, bo chcieć znaczy móc
Bo nam drogę oświetla jak świeca
Bóg – Praojciec, nasz Pan i nasz Wódź
Nie płaczcie proszę was
Na płacze szkoda łez
O wolność każdy z nas
Znów będzie walczył aż po kres
Mordują Polskę mą
Przez chciwość, kłócąc się
Powstańmy pomścić ją
Z Arkadią im nie uda się
Systemy rodzą się
Lecz oni chcą posłać je w grób
Zniszczą monarchię i demokrację,
Komunę, każdą z naszych prób
Bogatą Polska ma
Historię co dumą nam jest
A kto jej nie zna, niechaj ją pozna
I niechaj w boju przyjmie chrzest
A gdy kurze po bitwach opadną
Zburzym mury i połamiem bicz
Będziem cieszyć się wolną Arkadią
Córą Polski – nad nią płonie znicz
Jedność wzejdzie nam po wszystkie czasy
Nikt nie będzie już z Polaków kpić
Z wielkich migracji powrócą masy
Ludzi co znów zapragną tu żyć

„Historia chorej miłości”

Nagłe przebudzenie, choć jeszcze za oknem noc panuje
Przywidzenie, aż w żyłach szybciej krew pulsuje
Patrzę według przesądu prosto w okno z niemocy
By zapomnieć że śniłaś mi się kolejnej nocy
Rozdarty pomiędzy dwoma światami
Uczynkami miłosierdzia a ciężkimi grzechami
Jesteś dla mnie jak narkotyk, a ja jestem ćpunem
Chociaż nigdy nie ćpałem teraz ćpunów rozumiem!
Nie mam nawet własnej woli bo wszystko mi zabrałaś
Nie winię ciebie, nieświadomie dawkowałaś
Mi siebie. Gdzie jestem? W piekle czy w niebie?
Tego nie wiem mimo, że wciąż pytam siebie.
Lecz tym czasem muszę z nałogu się wydostać
To trudne zadanie, czy dam radę mu sprostać?
To nieważne! Kończmy już tę pastorałkę
Tylko błagam, daj mi tę ostatnią działkę!
Teraz myślę sobie: Boże, powiedz co się ze mną dzieje?
To jest ciemna strona mocy, która we mnie szaleje!
Muszę wyjść na powietrze, musze się dotlenić
Panie Boże daj mi sił bym mógł siebie zmienić!
Czy ja naprawdę ją kocham, czy to zauroczenie?
Panie daj mi jakiś znak, choćby jedno skinienie!
Chory nieuleczalnie więzień chorej miłości
Przecież proszę kochanie! Błagam, litości!
Nie wytrzymam z zazdrości! To jak głód narkotykowy
A głodnemu różne myśli przychodzą do głowy
Bełkoczę już bez sensu i chyba mam gorączkę
Czuję nagłe osłabienie i zapadam w śpiączkę
Ratujcie wszyscy święci i ty moja kochana!
Powiedź, co mam jeszcze zrobić? Czy mam paść na kolana?
Jesteś moja! Potrzebuję tej działki!
Jeśli nie dam sobie w żyłę nie wytrzymam tej huśtawki.
Opuszczają mnie powoli wszystkie zmysły oraz siły
Z planów pozostały zgliszcza, marzenia się zawaliły.
Może potnę sobie żyły lub na linie się powieszę
I odfrunę hen w niebiosa i zasilę świętą rzeszę
Nie mając pewności, stojąc gdzieś na skraju
Zastanawiam się czy samobójców też biorą do raju
Napiszę jeszcze tylko list pożegnalny
Może wyda się to błahe, może pomysł to banalny
Nie wiedząc czy to prawda napiszę, że kochałem
Że po nocach z tęsknoty za tobą płakałem
Pożegnam się z rodziną i przyjacielem, który
Zawsze chętnie mi pomagał mimo mojej złej natury
Próbuję się pociąć, lecz nie chcę, nie potrafię
Bo wciąż mam obawy, że do piekieł za to trafię
Wiem! Najem się leków! Położę na dywanie
Zadając sobie to samo pytanie
Czy to była miłość? Czy to raczej…

„Hulaj dusza, piekła nie ma!”

Dwa marne prochy łączą się w jeden
I nie ma w tym żadnych czarów
Wszystko zaczęło się w ogrodzie Eden
Rośniemy do giga rozmiarów.
Za wszelką cenę dążymy do celu
Od trupa do trupa po trupie
A kiedy spod Tatr dotrzemy do Helu
Giniemy jak lemingi głupie.
Bierzemy wszystko co „tamci” nam dadzą
Jak pies co zajada z ręki
Jeżeli więc nie wyłączysz myślenia
Nie skończą się nasze udręki.
Nie pytaj mnie czemu, nie pytaj dlaczego
Nie powiem bo sam tego nie wiem
Lecz użyj duszy i serca swego
Wnet ujrzysz sens jestem pewien.
Nie bierz co dadzą choć jest kolorowe
Choć mówią, że znak to pokoju
Nie wierz, że teraz to obowiązkowe
Nie wciskaj sam sobie gnoju.
U kresów czwartego z trzech wymiarów
Ruszymy na siebie do boju
Znów zmalejemy do mikro rozmiarów
Nie będzie już dla nas postoju.
Nikt nas nigdy już nie zapyta:
Katolik czy muzułmanin?
Poderwą swoje czarcie kopyta
Nie dadzą aksamitnych tkanin.
Przyjdzie też Koleś z wkurzoną miną
Podzieli na dobrych i złych
Z dobrymi podzieli się swoją nowiną
A zdrajców zostawi dla „tych”
I nie mów mi proszę czytając te słowa
Że to jest absurd i ściema
Największym podstępem (już „ich” w tym głowa)
To wmówić ci, że „złego” nie ma.

„Tren pierwszy, tren ostatni”

Nagle zapadłem w głęboki sen
Ocknąłem się na górze pełnej trawy i mchu
Odziany w szatę miękką jak len
Spojrzałem wokół i zabrakło mi tchu
Zewsząd pełno straży w czarnych mundurach
A zdobią je czerwone pasy
Krzyż srebrny na straży wysokich kosturach
Przy pasach po cztery kutasy
I pytam żołnierza co to za kraina
Gdzie kręty strumień płynie
Nad wodą błyska krwawa jarzębina
A bogacz pracuje we młynie
Biedota pracę nadzoruje
Udziela bogaczom chleba
Strażnik się do mnie podśmiechuje
Powiada radośnie: „Tak trzeba!
Za życia ten nędzarz błagał o strawę
A bogacz dał mu pomyje
Teraz to żebrak rozpocznie zabawę
A bogacz niech ziemię ryje!
Ty idź do Pana co siedzi w świątyni
Gdzie wewnątrz bawią się dzieci
Przed którą stoją zbrojni paladyni
Gdzie wieczne światło im świeci.”
Pędzę więc do tego gmachu
Tam widzę znajomą mi twarz
Na twarzy tej nie widać strachu
Lecz pyta mnie: „Bracie, w co grasz?”
Podchodzi maleńkie dziecko do mnie
I wciąż się radośnie uśmiecha
Wita się głośno i kłania skromnie
Lecz cóż to jest za pociecha?
„Jam twe rodzeństwo” cicho powiada
Sięga i gładzi mi skronie
„Nie wiń Boga bo nie wypada,
żem zmarło w matczynym łonie.
Patrzę na Ciebie braciszku” – woła
„Wiem, że wciąż grasz na konsoli”
Kiedyś i ciebie nasz Ojciec powoła
Będziemy grać razem do woli
Spoglądam przed siebie ze łzą w oku
Na trzy ozdobne trony
Po prawicy Ojca siedzi Syn z raną w boku
Po lewej Duch usadowiony
I mówię do Nich, że już zrozumiałem
I że dziękuję za sen
Co zobaczyłem, zapamiętałem
A to jest ostatni mój tren

„Na kozetce u doktora”

Nie jestem jak Gustaw
Co złote miał usta
Daleko mi też do Konrada
Nie noszę ciężarów
Znam setki koszmarów
Niech doktor jakiś mnie zbada!
Nie uczę się wcale
Nie robię nic stale
Zaprawdę jestem leniwy!
Lecz serce me płonie
Otwarte mam dłonie
Nie można też nazwać mnie chciwym.
Niech pan doktorze
Da lek co pomoże
Bo chciałbym już wiedzieć kim jestem
Czekam o Panie
już na to badanie
Nie zbywaj mnie więc ręki gestem.
A lekarz słucha
Zagląda do ucha
Kolano mi wciąż opukuje
Za język pociąga
Stetoskop wyciąga
I cały czas osłuchuje.
Raz wstaje znów siada
Już wieki mnie bada
Wtem mówi: Będę szczery z tobą.
Nie martw się wielce
Choć jesteś w rozterce
Facet… Ty jesteś sobą!